Magazyn Fabryka Mocy

Z pasją o muzyce i kulturze

Cyrk na kółkach z bałkańskim polotem



Uwielbiam reżyserów, którzy mają styl – jak David Lynch czy Emir Kusturica. ~Jean-Pierre Jeunet


Emir Kusturica — młodszej widowni postać raczej nieznana (możliwe skojarzenie — tak myślę — to piosenka „Pitbull Terrier” z filmu „Czarny kot, biały kot” wykonywana ówcześnie przez bezkompromisową i unikatową grupę Die Antwoord), a szkoda. Kim więc jest ów mężczyzna wyglądający, powiedzmy sobie szczerze, na niezbyt przyjemnego typa z markotnym wyrazem twarzy? Urodzony w 1954 roku w Sarajewie w Jugosławii (obecnie Bośnia i Hercegowina) reżyser filmowy, scenarzysta, muzyk (Emir Kusturica & The No Smoking Orchestra – warte przesłuchania, dla każdego coś dobrego!), a także założyciel miasta Drvengrad (początkowo zbudowane na potrzeby filmu „Życie jest cudem”). Może nic takiego… Co jednak sprawia, że twórczość artysty jest bałkańskim fenomenem na skalę światowego kina? Przede wszystkim ekscentryzm, sarkazm i brak jednorodnej stylistyki, czyli to, co pokręceni fanatycy lubią najbardziej! Klimat odrealnienia, poetyka snu, cygańskie rytuały. Paradoksalność i dziwaczność. Metafora sensu życia człowieka, karykatura relacji międzyludzkich. Kusturica taki właśnie jest. Niebanalny i niekonwencjonalny. Takie też są jego dzieła – kuriozalne, ale z prawdziwym i dosadnym przekazem. Mogę odhaczyć kilka pozycji z półki zwanej „szaleńcem Kusturicą”, jednak film, który zrobił na mnie największe wrażenie to zdecydowanie „Underground”, o którym za chwilę.

 Kadr z filmu „Underground”


      

      Jak połączyć brutalną historię z realizmem magicznym (dla niewtajemniczonych: w filmie oznacza to zlepek świata prawdziwego z nadprzyrodzonym, fantastycznym)? Jak skrytykować system polityczny wprowadzając zarazem czarny humor, jak i sentymentalne poruszenie emocji? Tragikomedia? Symbolika? Metafory? No cóż… Brzmi to szalenie dziwacznie. Tymczasem taki właśnie jest film Emira Kusturicy „Underground” z 1995 roku. Dla jednych — wielka zagadka (co właściwie autor miał na myśli…), pełna kiczu i chłamu wielka nic niewnosząca czarna głębia, no i przede wszystkim – strata czasu (à propos- film oryginalnie ma 516 minut!!!). Dla drugich zaś to prawdziwy majstersztyk, kunszt i kino przez duże K.

      Dobra, dobra, ale o czym właściwie jest to „wielkie cacko”? Film odzwierciedla historię Jugosławii od początku II wojny światowej do ostatnich strasznych, krwawych wydarzeń w krajach bałkańskich. Za komedią, groteskowością i wielkim śmiechem kryje się ból całych pokoleń, które zaznały II wojnę światową, wojnę w Jugosławii, komunizm, jak i zdradę własnego przywództwa, upadek totalny. Nie chcę zbytnio zagłębiać się w losy głównych bohaterów, jednak wskazane jest wtrącić coś o tytule. „Underground” z języka angielskiego nie znaczy tylko tyle, co „podziemny”, ale także „konspiracyjny” – gdzie tematyka wyrobu broni przez grupę uchodźców w piwnicy, harujących i ulegających co kolejnym iluzjom, pasuje tutaj jak ulał. Warto także wspomnieć o nienagannej obsadzie aktorskiej! Mianowicie, Miki Manojlović (filmowy Marko) – laureat wielu nagród filmowych i teatralnych, jeden z najbardziej znanych jugosłowiańskich artystów, Lazar Ristovski (Blacky) – z wykształcenia nie tylko aktor, ale także pedagog, właściciel firmy producenckiej Zillion czy też urocza Mirjana Joković (Natalija).

      Czy możliwe byłoby oddanie ówczesnego klimatu, mentalności bez muzyki? Może. Tylko czy warto? Niekoniecznie. „Underground” to nie tylko Emir Kusturica. Równie wielką rolę odgrywa Goran Bregović a konkretnie jego porywające kompozycje. Tego bałkańskiego artysty chyba zbytnio nie trzeba przedstawiać. Chyba nie ma osoby, która nie zna słynnego „Kałasznikowa”, weselnego „Prawy do lewego” czy historii o zdradliwym przyjacielu! Jednak wracając do naszego „podziemnego świata” – wspaniałe brzmienia zdecydowanie podkręcają charakter filmu. Nie mam zamiaru rozwodzić się nad tym, jak to Bregović odwalił kawał dobrej roboty, ale cóż – taka jest prawda – wszystko rewelacyjnie do siebie pasuje, idealnie wypełniająca się wzajemnie pozytywna mieszanka wybuchowa! „Ya Ya (Ringe Ringe Raja)” i „Kałasznikow” to utwory zdecydowanie błagające o to, by przesłuchać je błyskawicznie — razy milion!

      Reasumując, film bezspornie jest szczególny i niesztampowy, co łączy się z tym, że nie jest on dla każdego. Indywidualizm twórców daje górę. Dlatego, nawet jeśli wydaje Ci się, że film może być za bardzo pokręcony, bez ładu i składu – warto dać mu szansę. Barwne obrazy, niesamowite przekazanie emocji, próba rozliczenia się z trudną i bolesną historią, ekscentryczne postaci, bałkańskie melodie — nadają filmowi pewien magiczny wymiar, do którego polecam (z jak największą przyjemnością!) wybrać się czym prędzej, ale także zostać w nim trochę na dłużej w celu skonsumowania szczegółowiej jakże zdumiewającej i porywającej kultury krajów bałkańskich.

Next Post

Previous Post

Dodaj komentarz

© 2016 - 2017 Magazyn Fabryka Mocy

Managed by Jan Szczęśniewicz & Mateusz Podkowa